maja 22, 2020

Catherine Ryan Howard "Dziewczyna kłamcy"

Catherine Ryan Howard "Dziewczyna kłamcy"



Autor: Catherine Ryan Howard
Tytuł: "Dziewczyna kłamcy"
Tytuł oryginału: "The Liar's Girl"
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 384

Alison poznała Willa na studiach. Chłopak wydawał się być ideałem, do tego był jej pierwszą prawdziwą miłością. Młodzi świetnie się bawili, spędzali razem mnóstwo czasu, dodatkowo Alison po raz pierwszy wyrwała się do dużego miasta i wszystko było dla niej cudowne i oszałamiające. Szczęście jednak nie trwało długo. W okolicy kampusu zaczął krążyć morderca, którego ofiarami były młode dziewczyny. Sprawca atakował studentki, po czym wrzucał ich ciała do płynącego nieopodal kanału. Na społeczność akademicką padł strach. I może wszystko - pomimo trudnej sytuacji - skończyłoby się w miarę dobrze, gdyby pewnego dnia policja nie aresztowała Willa, który szybko przyznał się do popełnienia wszystkich zbrodni...
Dziesięć lat później uporządkowanym światem Alison, której udało się odciąć całkowicie od przeszłości, wstrząsa kolejny skandal. W kanale odnaleziono ciało młodej kobiety, sposób działania mordercy jest dokładnie taki sam, jak przed laty. Problem tylko w tym, że zabójca jest za kratkami... Czy to naśladowca? A może Will był niewinny? Alison wkrótce sama się o tym przekona, gdyż Will twierdzi że ma dla policji cenne informacje i będzie rozmawiać tylko ze swoją byłą dziewczyną.

Pomysł na fabułę jest dosyć prosty, ale przy odrobinie wyobraźni i lekkim piórze autora może z tego powstać wciągająca i trzymająca w napięciu historia. Niestety Catherine Ryan Howard udało się to tylko połowicznie. 
Sam wątek zabójcy z kanału jest ciekawy, zwłaszcza że czytelnik ma do czynienia z dwiema płaszczyznami czasowymi (bardzo często stosowany zabieg, dzięki któremu można nieco zagmatwać akcję i zainteresować czytelnika). Stopniowo poznajemy wydarzenia z teraźniejszości - rozmowy Alison z Willem, próby schwytania mordercy (bądź naśladowcy) - oraz to, co działo się dziesięć lat wcześniej, kiedy zabójca zaatakował po raz pierwszy. Układanka powoli się wypełnia. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie dwie rzeczy. Po pierwsze: tożsamość mordercy i jego motywy. Nie chcę jednak pisać o tym zbyt dużo, gdyż musiałabym ujawnić dużą część fabuły. W każdym razie myślę, że mogły być dużo bardziej przekonujące. Tymczasem cała intryga okazała się być dosyć przeciętna. Po drugie, na siłę wprowadzony przez autorkę wątek romansu. Czy naprawdę dotknięta tragedią młoda kobieta i policjant chcący za wszelką cenę rozwikłać zagadkę muszą od razu wpadać sobie w ramiona? Czy funkcjonariusz musi przy tym naruszać liczne procedury i prowadzić śledztwo indywidualnie, wszystko na życzenie wspomnianej kobiety? To zdecydowanie zepsuło mi lekturę.

"Dziewczyna kłamcy" na tle innych tytułowych dziewczyn wypada dosyć przeciętnie. Owszem, książkę czyta się szybko i nawet mnie ciekawiła prawdziwa tożsamość zabójcy. Tak, pod koniec lektury przeżyłam lekkie zaskoczenie. Całość jednak zdecydowanie nie zachwyca. Ot, lekki thriller do niezobowiązującego poczytania w leniwy dzień. Niestety, od podobnych lektur oczekuję zdecydowanie więcej emocji i niespodzianek.
___________________

maja 11, 2020

Ponure Poniedziałki: Stephen King "Telefon pana Harrigana"

Ponure Poniedziałki: Stephen King "Telefon pana Harrigana"


Opowiadanie można przeczytać w zbiorze "Jest krew..." (Prószyński i S-ka, 2020)

Myślę, że w dwudziestym pierwszym wieku nasze telefony są tym, co wiąże nas ze światem. Iście małżeńskim węzłem. I chyba nie jest to małżeństwo udane.
Kiedy Craig dostaje swój pierwszy telefon - iPhone 1 - jest nim zafascynowany. Zachwyca go nie tylko to, że teraz może w każdej chwili zadzwonić lub wysłać SMS do kolegów ze szkoły. Ciekawią go różne aplikacje i ogólnie wszystkie możliwości, jakie daje to małe, sprytne urządzenie. Jego fascynacja udziela się starszemu sąsiadowi, biznesmenowi od dawna będącemu na emeryturze. Kiedy pan Harrigan odkrywa możliwości telefonu, jest nim oczarowany w równym stopniu (a może nawet bardziej) niż jego młody przyjaciel. To pewnie dlatego w czasie pogrzebu pana Harrigana Craig niepostrzeżenie, tuż przed zamknięciem trumny, wsuwa mu do kieszeni marynarki jego iPhone'a. Chłopak z pewnością chciał dobrze, wiedział przecież jak bardzo jego sąsiad był przywiązany do telefonu i chciał, żeby towarzyszył mu on w ostatniej drodze. Jednak nie wziął pod uwagę możliwości, że tym samym być może umożliwił zmarłemu kontakt ze światem żyjących...
Aktualnie nie odbieram telefonów. Oddzwonię, jeśli uznam to za stosowne.
Nie będzie zaskoczeniem, jeśli napiszę, że opowiadanie mi się podobało. Jeśli ktoś mnie nie zna, już śpieszę donieść, że Stephen King to mój absolutnie ukochany pisarz, który rozbudził we mnie fascynację opowiadaniami grozy. Także i w tym przypadku nie byłam zawiedziona lekturą. "Telefon pana Harrigana" dostarcza tych wszystkich emocji, które są obecne przy czytaniu najnowszych dzieł Kinga - nostalgii, lekkiego dreszczyku (ciężko mnie przerazić, więc już nawet na to nie liczę) i... refleksji nad śmiercią i przemijaniem. Śmierć zawsze była obecna w tekstach tego pisarza, jednak ostatnio wręcz obsesyjnie powraca on do motywu starości i końca życia.
Może się wydawać, że to opowiadanie opiera się na nudnym i nic nowego nie wnoszącym schemacie. Że jedyną innowacją (ale też nie do końca oryginalną) jest użycie przez bohaterów do kontaktu telefonów komórkowych. Możliwe. Całość jednak napisana jest w taki sposób, że zmusza do chwili zastanowienia. Czy nie jesteśmy za bardzo przywiązani do smartfonów (oczywiście, że tak). Czy to możliwe, że - skoro podobno zmarli ukazują się nam czasami w snach lub w świecie realnym - mogliby do kontaktu wykorzystać również telefony? I na czym taki kontakt miałby polegać? A może pan Harrigan wcale nie miał ochoty na rozmowy z Craigiem, ale ten w jakiś sposób go przywołał, dzwoniąc do niego już po jego śmierci? Jedno wiadomo na pewno: celowe szukanie kontaktu ze zmarłymi nie może skończyć się dobrze, przynajmniej w tekstach Kinga. Pytanie tylko, kto będzie ofiarą...

Czytaliście już "Jest krew..."? Za mną dopiero dwa opowiadania, ale już ostrzę sobie zęby na kolejne;)

kwietnia 30, 2020

Mats Strandberg "Przeklęty prom"

Mats Strandberg "Przeklęty prom"

Autor: Mats Strandberg
Tytuł: "Przeklęty prom"
Tytuł oryginału: "Farjan"
Wydawnictwo: Marginesy
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 480

"Baltic Charisma" to prom wycieczkowy kursujący między Szwecją, a Finlandią, który dobre czasy ma już dawno za sobą. Wszystko na nim jest luksusowe i kuszące, ale tylko z pozoru. Kiedy przyjrzeć się bliżej, widać że wystrój jest spłowiały i podniszczony. Po zejściu na dolne pokłady można poczuć smród z kanalizacji. Wszystko, czym "Baltic Charisma" chce olśnić pasażerów, jest sztuczne i nieprawdziwe. A mimo to nie brakuje chętnych na rejs - kto by nie chciał spędzić 24 godzin na morzu, podczas których można jeść, pić i bawić się w licznych restauracjach i klubach na statku? Nie zapominając o zakupach w sklepie wolnocłowym... O tak, "Baltic Charisma" ma swoich fanów. Ale oprócz miłośników imprezowania, rodzin z dziećmi chcących wyrwać się na krótką wycieczkę i osób w podróży służbowej, prom ma jeszcze dwójkę niezwykłych pasażerów. Takich, którzy mogą stanowić nie lada zagrożenie dla wszystkich znajdujących się na pokładzie...

Zanim jednak wspomniane istoty zaatakują i na promie zapanuje chaos, będziemy mogli dobrze przyjrzeć się niektórym pasażerom, a także życiu na statku. Muszę przyznać, że to właśnie ta część powieści podobała mi się najbardziej. Poznajemy więc na przykład puszystą dziewczynę, którą właśnie zwolniono z pracy i która chce odreagować i zaszaleć z przyjaciółką w klubach na promie. Towarzyszymy też samotnej kobiecie, która w rejs wybrała się spontanicznie, próbując wprowadzić jakieś zmiany w swoim życiu. Obserwujemy również młodego chłopaka i jego rodzinę - rodziców, ciocię i kuzynkę - wszystkich zmagających się z wieloma problemami. Jak już wspomniałam, właśnie te opisy pasażerów (jak również niektórych członków załogi) oraz funkcjonowania na promie wycieczkowym zaciekawiły mnie najbardziej. "Baltic Charisma" okazała się fascynującym miejscem, niepozbawionym ponurej atmosfery. I naprawdę nie trzeba było mi do tego wampirów, które autor w pewnym momencie zdecydował się wprowadzić do fabuły.

Wszystko odbyło się w dosyć przewidywalny sposób, choć wampiry u Matsa Strandberga są nieco nietypowe - nie wzruszają ich krzyże, czosnek oraz światło. Pod pewnymi względami przypominają zombie, ponieważ nowo ugryzieni nie są zbyt bystrzy, za to błyskawicznie atakują kolejne osoby, roznosząc "zarazę" po całym statku. Kontakt ze stałym lądem szybko został odcięty, a pasażerowie zostali pozostawieni sami sobie. Część próbowała uciekać, inni chcieli walczyć... Jak to w horrorach bywa. 

Wydaje mi się, że ta historia o wiele lepiej sprawdziłaby się w wersji filmowej. Trzeba by tylko zrezygnować z dłuższego wstępu, w którym obserwujemy jedynie poszczególnych pasażerów (ciekawego, lecz pasującego bardziej do książki). Dobry reżyser mógłby nadać tej opowieści nieco dynamizmu i stworzyć poprawny horror. Na pewno nie byłoby to dzieło wybitne, ponieważ historii Matsa Strandberga zdecydowanie brakuje odkrywczości i pewnej lekkości. Ot, wampiry długo pozostają w ukryciu, kiedy już jednak rozpocznie się atak - nie ma odwrotu. Mamy krwawą jatkę, kilkoro bohaterów próbujących ratować świat i bardzo typowe zakończenie. Na jeden seans w leniwe popołudnie sprawdziłoby się znakomicie, nie oczekiwałabym jednak niczego więcej.

Tymczasem pozostaje nam zmierzyć się z wersją książkową, która wprawdzie ma swoich zwolenników, jednak wiele osób po prostu znudziła i wymęczyła. Mi czytało się w miarę dobrze, ale oczekiwania miałam dużo, dużo większe...
____________________
Źródło zdjęcia: https://unsplash.com/photos/zk0cIAkg4Wg
Copyright © Ponury Zakątek , Blogger